Nocne światła

Chłodny dreszcz przeszywa moją cienką skórę
Jakże bym chciała tej bladej nocy nie spać w ogóle
i patrzeć w okna zapalone
Na lampy uliczne
Ludzi na dole
i myśleć o Tobie
Powietrzem świeżym i przezroczystym napełniam płuca
Coś mnie przyciąga w istocie ciemności
Strach szatę swą zrzuca
Gdy twarzą w twarz stoimy przed sobą
Ja i bezkres absolutności
Światła pląsają się jednostajnie
Suną dokądś w pośpiechu
Czas staje w miejscu
Płyną pod prąd godziny nieruchome
Ja czekam cierpliwie na zapomnienie
Na gęste odrętwienie
Ja czekam i tonę

Odkrywać wciąż

Odkrywać wciąż powierzchnię obcego ciała
Jak się odkrywa nieznany ląd
Podbijać wciąż tereny nieznane
W przemocy dotyku zachłannych rąk
Płynąć wciąż dalej przez nurty niezbadane
Żeglować odważnie przez szalejący sztorm
Zwycięsko się wspinać na wypukłości
Na obłe pagórki, kuszące wzniesienia
Obsuwać się w pasji w odpowiadające im
Niemo zgodne doliny, ponętne wgłębienia
Unosić się wciąż, wysokości swej nie obniżać
Z lotu ptaka te dwa ciała splątane podziwiać
Sprawować kontrolę i władzę absolutną
Poddawać się, ulegać wpływom rezolutnym