Nocne światła

Chłodny dreszcz przeszywa moją cienką skórę
Jakże bym chciała tej bladej nocy nie spać w ogóle
i patrzeć w okna zapalone
Na lampy uliczne
Ludzi na dole
i myśleć o Tobie
Powietrzem świeżym i przezroczystym napełniam płuca
Coś mnie przyciąga w istocie ciemności
Strach szatę swą zrzuca
Gdy twarzą w twarz stoimy przed sobą
Ja i bezkres absolutności
Światła pląsają się jednostajnie
Suną dokądś w pośpiechu
Czas staje w miejscu
Płyną pod prąd godziny nieruchome
Ja czekam cierpliwie na zapomnienie
Na gęste odrętwienie
Ja czekam i tonę

Nie poznałam smaku Twojego istnienia
Choć zapach Twój od dawna tak dobrze znam
Węgielne Twe oczy błyszczą szarym cieniem
Choć wzrok Twój nie spoczął na mnie od lat
i tylko migawki, jak na ciemnej scenie
Grasz w pustkę, ja widzę i słyszę Twój płacz
Odbite Twe słowa wędrują nad nami
Jakby stała pomiędzy bezczelna tafla szkła
Krzyczysz we mnie a krzycząc ranisz się sam
Zza mgły się wyłania zarys Twojej twarzy
Raz się pojawia, raz znika, Ty tak już masz.

Nie chodzimy tymi samymi drogami
Więc nie błądzisz zapewne tak jak ja
Zgaszonymi, nocnymi podążam ulicami
Aż mnie zastanie błogi świt, zwiastun dnia
A Ty się snujesz za mną jak cień nieproszony
Tułamy się razem, dwie dusze bez snu
Dokądkolwiek zaniosą nas myśli niesprawne
Plączemy się
W chaosie ulic nie mogąc się znaleźć.