Nocne światła

Chłodny dreszcz przeszywa moją cienką skórę
Jakże bym chciała tej bladej nocy nie spać w ogóle
i patrzeć w okna zapalone
Na lampy uliczne
Ludzi na dole
i myśleć o Tobie
Powietrzem świeżym i przezroczystym napełniam płuca
Coś mnie przyciąga w istocie ciemności
Strach szatę swą zrzuca
Gdy twarzą w twarz stoimy przed sobą
Ja i bezkres absolutności
Światła pląsają się jednostajnie
Suną dokądś w pośpiechu
Czas staje w miejscu
Płyną pod prąd godziny nieruchome
Ja czekam cierpliwie na zapomnienie
Na gęste odrętwienie
Ja czekam i tonę

Źródła

Wyczerpałam do cna hojne źródła życia
Krwiste głosy przodków w moich żyłach płynące
Rezonują przez bystrych wód mych tętno
Przez zgrubiałe, poprute tkanki i kości
Bębny tępo dudniące w rytm muzyki świata
Gromki okrzyki tanecznej orgii
A wszystkie moje matki, w rzędzie ustawione
Stoją mirażem, oczyma w moją stronę zwrócone
Patrzą z łagodnym stoickim spokojem
Jakby moje wnętrza na przestrzał widziały,
Na wylot znały moją duszę i ciało
A wszystkie, jak jeden mąż, pomarły
I nie ma kto za mnie się modlić do Boga

Na takim końcu świata

Jesteś stąpnięciem
W pustym kościele
Niesiesz się echem
Przez ciszę i szepty
Unosi się leniwie
Nad naszymi głowami
Żar siedmiu słońc
A pomiędzy nami
Duchota wdychana
Czerstwymi ustami
Parzy skórę i parzy
Policzki naszych twarzy
Na takim końcu świata
Płomień trawi najmocniej
Rozgrzewa kamienie
Na proch wysusza ziemię
Na takim końcu świata
Stoimy my, woskowe figury
I ani drżymy
Dalej czeka nas
Jałowa ochłoda
Dalej już tylko
Klif,
Uskok,
Woda.