Samotność


Samotności, moja przyjaciółko
Znam Cię już dobrych kilka lat
W jednym gnieździe żyjemy, moja jaskółko
Bliźniaczy, symetryczny poznałyśmy świat
Dzielimy prześcieradła, kołdry i poduszki
Lustrzane odbicie, kukułczy głos
Na sercu zaległy jaskółczy niepokój
Czeszemy swe pióra, nawzajem, pod włos
Oddałam Ci co było, na wyłączność, moje
Zrzekłam się wspomnień, myśli i prawd
Oddać bym Ci chciała te szare nastroje
Samotność najlepiej odchorować
We dwoje.

Nie poznałam smaku Twojego istnienia
Choć zapach Twój od dawna tak dobrze znam
Węgielne Twe oczy błyszczą szarym cieniem
Choć wzrok Twój nie spoczął na mnie od lat
i tylko migawki, jak na ciemnej scenie
Grasz w pustkę, ja widzę i słyszę Twój płacz
Odbite Twe słowa wędrują nad nami
Jakby stała pomiędzy bezczelna tafla szkła
Krzyczysz we mnie a krzycząc ranisz się sam
Zza mgły się wyłania zarys Twojej twarzy
Raz się pojawia, raz znika, Ty tak już masz.

Nie chodzimy tymi samymi drogami
Więc nie błądzisz zapewne tak jak ja
Zgaszonymi, nocnymi podążam ulicami
Aż mnie zastanie błogi świt, zwiastun dnia
A Ty się snujesz za mną jak cień nieproszony
Tułamy się razem, dwie dusze bez snu
Dokądkolwiek zaniosą nas myśli niesprawne
Plączemy się
W chaosie ulic nie mogąc się znaleźć.

Martwię się

Martwi mnie
Że nas na ziemi za dużo jest
A jeśli ciągle rozszerza się świat
To oddalamy się od siebie
O kilka lat świetlnych każdego dnia
Martwi mnie
Że rozproszyliśmy się
I w tym dystansie będziemy trwać
Nie umiejąc znaleźć się, w jedno pozbierać
Spuchnęła przestrzeń między nami
Im bardziej oddaleni tym szybciej uciekamy
A jeśli ciągle oziębia się swiat
To chłodniejsi jesteśmy dla siebie
O kilka stopni rtęciowych każdego dnia
Martwi mnie
Że znienawidziliśmy się
I w tej pogardzie będziemy trwać
Nie umiejąc pokochać się, miłości sobie dać
Urosły mury kamienne między nami
Im wyższe tym bardziej się nie dosięgamy