Arcydzieło

Jesteś arcydziełem sztuki Wyobrażam sobie Że gdy wracasz do swego domu, Do swego muzeum jednego obrazu To wchodzisz do ram złotych Barokowych, wspaniałych i wisisz w nich, oprawiony Ciepłym światłem Wiecznej chwały oblany Za szkłem Cię można oglądać Za diamentową gablotą i dotknąć nie można Świętego ciała Żeby Cię nie zbezcześcić Pohańbić, czystość twą splamić

Jesteś szlachetnym eksponatem Z białego marmuru Dawidem Człowiekiem witruwiańskim Carravagia Narcyzem i oczom własnym nie mogę uwierzyć Oczy te nie chcą przestać patrzeć, Język zapomniał swojej mowy Nogi nie wiedzą jak mnie postawić Co za krawiec Cię uszył na miarę Co za stwórca szkicował twoje twarze Co za dłuto twoje kształty rzeźbiło Piękny synu Apollina

Nocne światła

Chłodny dreszcz przeszywa moją cienką skórę
Jakże bym chciała tej bladej nocy nie spać w ogóle
i patrzeć w okna zapalone
Na lampy uliczne
Ludzi na dole
i myśleć o Tobie
Powietrzem świeżym i przezroczystym napełniam płuca
Coś mnie przyciąga w istocie ciemności
Strach szatę swą zrzuca
Gdy twarzą w twarz stoimy przed sobą
Ja i bezkres absolutności
Światła pląsają się jednostajnie
Suną dokądś w pośpiechu
Czas staje w miejscu
Płyną pod prąd godziny nieruchome
Ja czekam cierpliwie na zapomnienie
Na gęste odrętwienie
Ja czekam i tonę

Odkrywać wciąż

Odkrywać wciąż powierzchnię obcego ciała
Jak się odkrywa nieznany ląd
Podbijać wciąż tereny nieznane
W przemocy dotyku zachłannych rąk
Płynąć wciąż dalej przez nurty niezbadane
Żeglować odważnie przez szalejący sztorm
Zwycięsko się wspinać na wypukłości
Na obłe pagórki, kuszące wzniesienia
Obsuwać się w pasji w odpowiadające im
Niemo zgodne doliny, ponętne wgłębienia
Unosić się wciąż, wysokości swej nie obniżać
Z lotu ptaka te dwa ciała splątane podziwiać
Sprawować kontrolę i władzę absolutną
Poddawać się, ulegać wpływom rezolutnym

Źródła

Wyczerpałam do cna hojne źródła życia
Krwiste głosy przodków w moich żyłach płynące
Rezonują przez bystrych wód mych tętno
Przez zgrubiałe, poprute tkanki i kości
Bębny tępo dudniące w rytm muzyki świata
Gromki okrzyki tanecznej orgii
A wszystkie moje matki, w rzędzie ustawione
Stoją mirażem, oczyma w moją stronę zwrócone
Patrzą z łagodnym stoickim spokojem
Jakby moje wnętrza na przestrzał widziały,
Na wylot znały moją duszę i ciało
A wszystkie, jak jeden mąż, pomarły
I nie ma kto za mnie się modlić do Boga

Na takim końcu świata

Jesteś stąpnięciem
W pustym kościele
Niesiesz się echem
Przez ciszę i szepty
Unosi się leniwie
Nad naszymi głowami
Żar siedmiu słońc
A pomiędzy nami
Duchota wdychana
Czerstwymi ustami
Parzy skórę i parzy
Policzki naszych twarzy
Na takim końcu świata
Płomień trawi najmocniej
Rozgrzewa kamienie
Na proch wysusza ziemię
Na takim końcu świata
Stoimy my, woskowe figury
I ani drżymy
Dalej czeka nas
Jałowa ochłoda
Dalej już tylko
Klif,
Uskok,
Woda.